POLITYKA Komentarz: Obama nie uklęknie w Hiroshimie tak jak Willy Brandt w Warszawie


71 lat po ataku atomowym na Hiroszimę, odwiedzi ją amerykański prezydent. Nikt nie spodziewa się przeprosin, chociaż dawno już byłby na nie czas, uważa Alexander Freund.
Deutschland Barack Obama besteigt Air Force One
Czy naprawdę musiało minąć 71 lat, zanim urzędujący prezydent USA zdecydował się odwiedzić Hiroszimę? Przy czym nie jedzie po to, by przeprosić w imieniu ostatniego, istniejącego jeszcze supermocarstwa. Biały Dom z góry to wykluczył. Jedzie po prostu z wizytą, by odwiedzić miejsce upamiętniające ofiary pierwszej bomby atomowej. Na pewno jest to symboliczny gest, ale też niewiele więcej. Zresztą Obama nie leci specjalnie do Horoszimy, i tak będzie w Japonii, na szczycie G7. W oficjalnej wersji Obama zamierza opowiedzieć się razem z premierem Japonii Abe „na rzecz pokoju i bezpieczeństwa w świecie bez broni atomowej”.
Przykład dał szef dyplomacji w rządzie Obamy John Kerry, kiedy na początku kwietnia, jako pierwszy minister spraw zagranicznych USA, wziął udział w corocznych obchodach rocznicy zrzucenia bomby atomowej na Hiroszimę. Także z jego strony nie padły słowa przeprosin, przyjął tylko bardzo poważny wyraz twarzy. A że będzie mu niejako po drodze, Barack Obama zamierza też zajrzeć na krótko do byłego wroga, Wietnamu. Także tam rozmowy nie mają dotyczyć trudnej przeszłości, tylko przyszłości, ściślej – rozszerzenia bilateralnych stosunków.
71 lat, dwie wizyty, żadnych przeprosin. Moim zdaniem, to hańba! Każdy kraj sam musi wiedzieć, jak obchodzi się ze swoją przeszłością, ale cieszę się, że Niemcy stawili czoła swojej winie. To przyznanie się do winy było warunkiem przeprosin i tylko dzięki niemu było możliwe pojednanie. Można to uznać za słabość albo przesadną rozprawę z przeszłością, ale uklęknięcie Willy’ego Brandta w Warszawie zawsze było dla mnie wyrazem siły.
Warunek pojednania
Freund Alexander Kommentarbild App
Autor komentarza Alexander Freund
Cóż, nikt nie oczekuje od Obamy, że uklęknie przed ofiarami nalotów atomowych. Także wymiar nazistowskich zbrodni nie jest porównywalny z tym tak godnym potępienia zrzuceniem bomb atomowych. Ale: podczas swojej wizyty w Hiroszimie Obama powinien prosić o wybaczenie za wyrządzone cierpienie. Bo też użycie broni atomowej było zbrodnią, której nie usprawiedliwia także fakt, że bez tych nalotów wojna na Pacyfiku trwałaby przypuszczalnie o wiele dłużej, a w razie amerykańskiej inwazji na Japonię zginęłoby wielu niewinnych ludzi.
Może to nawet prawda, ale nawet gdyby tak było, użycie broni atomowej było grzechem pierworodnym. Najpóźniej po Hiroszimie każdy wiedział, że zrzucenie bomby na Nagasaki było dla USA już tylko testowaniem tej nowej broni i pokazem siły. Wobec Japonii, a przede wszystkim wobec Rosji. Supermocarstwo USA po raz pierwszy pokazało swoje nuklearne muskuły i uruchomiło atomową spiralę zbrojeń, której skutki czujemy do dzisiaj. To chwalebne, że Obama chce razem z japońskim premierem Abe opowiedzieć się za „pokojem i bezpieczeństwem w świecie bez broni atomowej”. Ale właśnie tą klątwą obłożyły świat Stany Zjednoczone, dwukrotnie zrzucając 71 lat temu bomby atomowe.
Także Japonia musi poprosić sąsiadów o wybaczenie
Obama powinien stawić w Hiroszimie czoła tej historycznej winie, u końca swojego urzędowania laureat nagrody Nobla – pamiętamy jak przez mgłę – i tak już nie ma nic do stracenia. Zyskałby natomiast szacunek, bo przeprosiny jak najbardziej mogą też być oznaką siły. To samo odnosi się do japońskiego premiera, który też nie może się przemóc, by prosić sąsiednie państwa o wybaczenie za zbrodnie wojenne dokonane przez Cesarstwo Japonii. A przyznanie się do winy byłoby warunkiem przeprosin – bez nich prawdziwe pojednanie z sąsiadami: Koreą i Chinami, nie jest możliwe.

POLITYKA Erdogan grozi Europie zerwaniem umowy


Prezydent Turcji naciska na Europę. Jeśli nie będzie postępów w negocjacjach na temat złagodzenia polityki wizowej, Turcja nie wprowadzi w życie umowy dotyczącej przyjmowania uchodźców.
Recep Tayyip Erdogan stawia Brukseli twarde warunki
Recep Tayyip Erdogan stawia Brukseli twarde warunki
Ankara uzależnia dotrzymanie zawartej z Unią Europejską umowy o przyjmowaniu uchodźców od postępów w negocjacjach na temat liberalizacji wizowej dla jej obywateli na terenie Wspólnoty. Takie oświadczenie złożył prezydent Turcji podczas szczytu humanitarnego ONZ w Stambule. Recep Tayyip Erdogan ponadto zaznaczył, że obiecane przez Unię w ramach paktu pieniądze dotychczas nie wpłynęły.
Różnice zdań między Turcją i Unią Europejską
Kanclerz Niemiec Angela Merkel w poniedziałek, po rozmowach z tureckim prezydentem, wyraźnie podkreśliła, że ustalony wcześniej na 1 lipca termin wprowadzenia ułatwień wizowych nie zostanie dotrzymany. Powodem ma być odmowa Ankary, by znowelizować turecką ustawę antyterrorystyczną. Zdaniem niektórych polityków, ta obecnie obowiązująca zbyt restrykcyjnie definiuje pojęcie terroryzmu, co może uderzyć w opozycję i krytykujących rząd dziennikarzy. Jej reforma to jeden z postawionych przez Wspólnotę warunków zniesienia obowiązku wizowego dla podróżujących do strefy Schengen obywateli Turcji. Angela Merkel zapowiedziała dalsze rozmowy na ten temat.

- Nie można wciąż podnosić stawianych nam wymagań - podkreślał Recep Tayyip Erdogan i dodał, że jego kraj nie chce przysługi, lecz uczciwości.Prezydent Turcji, podczas oficjalnego wystąpienia po szczycie, oświadczył z kolei: "Jeśli rozmowy będą owocne, to dobrze. Jeśli jednak nie, turecki parlament będzie musiał podjąć odpowiednie kroki i umowa o przyjmowaniu uchodźców nie zostanie ratyfikowana".

Sytuacji nie chciał komentować szef niemieckiego MSW. Jak powiedział Thomas de Maizière (CDU): "Nie będę teraz komentować tego, o czym dopiero dowiedziałem się z prasy".
Umowa wizowa i sześć miliardów euro
Umowa z Brukselą zobowiązuje Turcję do przyjmowania uchodźców deportowanych po próbie przedostania się do Grecji przez Morze Egejskie. Ustalenia mają wejść w życie 1 czerwca. W zamian, Unia Europejska ma przejmować od Turcji uchodźców syryjskich i w dwóch transzach zapłacić do sześciu miliardów euro na utrzymanie uchodźców. Turcji ponadto obiecano liberalizację wizową, jeśli spełni wszystkie postawione przez Wspólnotę warunki.
72 kryteria dla Turcji zostały ustalone jeszcze w roku 2013. Wówczas przewidywano przyjmowanie uchodźców z krajów trzecich dopiero od października 2017 roku. Obecna umowa przewidywała przyspieszenie tego terminu do 1 czerwca tego roku. Liberalizacja wizowa zaś miała wejść w życie miesiąc później.

GAZA Hamas will 13 Menschen im Gazastreifen öffentlich hinrichten lassen


Es geht um wegen Mordes verurteilte Männer. Kritik an den Radikalislamisten der Hamas kommt von den Vereinten Nationen, Menschenrechtlern - und von der palästinensischen Autonomiebehörde unter Präsident Abbas.
Hamas-Mitglieder bei einer Parade in Gaza (foto: reuters)
Die im Gazastreifen diktatorisch herrschenden Radikalislamisten der Hamas haben angekündigt, 13 wegen Mordes verurteilte Männer öffentlich hinrichten zu lassen. Laut Agenturberichten hatten Familienangehörige der Opfer verstärkt Druck gemacht und eine Vollstreckung der Todesurteile verlangt. Der im Westjordanland residierende Palästinenserpräsident Mahmud Abbas hat sich geweigert, die Hamas-Urteile zu bestätigen. Die Vereinten Nationen fürchten nun sofortige Exekutionen.

Die Regierung im Westjordanland beschrieb den Schritt nun als "illegal", Hamas sei nur eine Bewegung und könne keine Gesetzesänderungen erlassen. Die Extremisten hatten 2007 gewaltsam die Kontrolle des Gazastreifens an sich gerissen. Seitdem gab es immer wieder offizielle Versöhnungen mit der rivalisierenden Fatah von Abbas. Angekündigte Neuwahlen in den Palästinensergebieten wurden jedoch nie umgesetzt und die Kluft zwischen den beiden größten Palästinenserorganisationen besteht weiter. Zuletzt waren im Gazastreifen vor zwei Jahren während des Gaza-Kriegs mehrere Palästinenser hingerichtet worden, die man der Kollaboration mit Israel bezichtigte.Hamas-Staatsanwalt Ismail Dschaber hatte bereits vor Tagen erklärt, es werde zu einer Reihe öffentlicher Hinrichtungen kommen. "Und ich bitte darum, dass dies vor einer großen Menschenmenge geschieht", so Dschaber vor Journalisten. Am Mittwoch hatten die Abgeordneten der Hamas die entsprechende Verordnung durchgewinkt. Dies widerspricht der bisherigen Praxis, dass alle Todesurteile von Abbas gebilligt werden müssen.

Rupert Colville: Sprecher des UN-Menschenrechtskommissars (foto-Copyright: United Nations Geneva / Jean-Marc Ferré)
Rupert Colville: Sprecher des UN-Menschenrechtskommissars
Auch die Vereinten Nationen verurteilten das Vorgehen der Hamas. "Todesstrafen dürfen nur in äußerst seltenen Umständen ausgeführt werden, und nur nach einem Prozess und Möglichkeiten zur Berufung in einem fairen Verfahren", sagte Rupert Colville, ein Sprecher des Büros der Hohen Kommissars für Menschenrechte. Er äußerte massive Zweifel, dass diese Standards in Gaza eingehalten worden seien.
Auch in Israel wird die Todesstrafe diskutiert. Dort setzt sich zum Beispiel der Ultranationalist und designierte Verteidigungsminister Avigdor Lieberman dafür ein, Terroristen hinrichten zu lassen. Die Todestrafe soll allerdings nur von Militärgerichten verhängt werden, vor denen fast nur Palästinenser angeklagt werden.
Bisher gilt in Israel die Todesstrafe nur für NS-Verbrecher. Sie wurde bisher nur ein einziges Mal vollstreckt, im Jahr 1962 gegen Adolf Eichmann.

KIRCHE 100. Deutscher Katholikentag in Leipzig: "Endlich hier bei uns"


Der Katholikentag begeht sein Jubiläum im Osten. Und Ost und West lauschen in Leipzig den deutschen Worten von Papst Franziskus. Christoph Strack war bei der Eröffnung des Laientreffens dabei.
100. Deutscher Katholikentag: Videobotschaft von Papst Franziskus (Foto: dpa)
"Es ist wirklich schön, dass die Menschen alle auch mal zu uns in den Osten kommen. Dass der Katholikentag mal hier ist, hier bei uns." Diana Fritzsche-Grimmisch steht im Gedränge der Leipziger Innenstadt. Die junge Frau ist Hörfunk-Journalistin - und nun einfach Sorbin und Katholikin. Die kleine sorbische Minderheit im Osten des deutschen Ostens hielt auch zu DDR-Zeiten zur Kirche.
Diana Fritsche-Grimmisch (Foto: DW)
Gläubige Sorbin: Diana Fritsche-Grimmisch
"Bei uns sind alle katholisch oder evangelisch." So fühlt sich Diana in ihrer Tracht als Mitt-Gastgeberin, wo doch der Katholikentag an diesem Abend in ihr Bistum kommt. Während Diana wieder auf die kleine Bühne klettert zum Gesang, steht unten Priska aus Würzburg, mit einigen Freundinnen. "Für uns ist das eine Begegnung mit vielen Menschen, die guten Willens sind", sagt sie.
Diana und Priska stehen in einer der Gassen unweit der Leipziger Nikolaikirche. Die eine singt, die andere lauscht mit ihren Freundinnen vom Main - und zwischendrin lehnt ein Radler mit Helm an seinem Bike. "Religion verachtet Leben", steht groß auf seinem olivgrünen T-Shirt. Und irgendwie wirkt er enttäuscht, dass sich niemand aufregt.
"Religionsfreier Osten"
Aber so ist Leipzig. Nach 22 Jahren, zum Jubiläum der 100. Veranstaltung, ist das Laientreffen der deutschen Katholiken wieder in Ostdeutschland zu Gast - im "religionsfreien Osten", wie die lokale "Leipziger Volkszeitung" schreibt. Da betonen die Verantwortlichen, dass es um ein lockeres Aufeinanderzugehen gehe, ein Kennenlernen wider mancher Angst. Auch 26 Jahre nach dem Fall der Mauer, die Deutschland teilte. Thomas Sternberg, der Präsident des Zentralkomitees der deutschen Katholiken, betont in seiner Eröffnungsrede bewusst die Verbundenheit mit Protestanten, Juden und Muslimen, aber auch jenen, die keine Religion hätten. Sie seien doch alle Geschwister. "Seht, da ist der Mensch", lautet das Leitwort des Katholikentages. Und hört man den gastgebenden Berliner Erzbischof Heiner Koch und Sternberg, dann meint das Motto auch den gesamtdeutschen Blick füreinander.

Mit besonderem Beifall begrüßen die Menschen Joachim Gauck. Der Bundespräsident war einer der prominenten Bürgerrechtler zu DDR-Zeiten - und als ehemaliger evangelischer Pastor mit der Stimmung solcher Großereignisse vertraut. Um seinen Hals trägt er einen leuchtend grünen Schal.

Joachim Gauck in Leipzig (Foto: dpa)
Protestant unter vielen Katholiken: Bundespräsident Gauck
Gauck würdigt in seiner Ansprache den "selbstlosen Einsatz vieler katholischer und evangelischer Christen für das Gemeinwohl". Und er nennt - ohne die Schärfe mancher früheren Äußerung aufzunehmen - die Herausforderung der Flüchtlingskrise. Gauck als Mutmacher. Geschichte, meint er, könne sich auch in eine gute Richtung entwickeln, "in Richtung Verständnis, Toleranz, Versöhnung, inmitten der Welt schlechter oder bedrohlicher Nachrichten der jüngsten Zeit". Als Gauck später durch die Menge flaniert, umgibt ihn ein Kordon von Personenschützern.

Der prominenteste Redner zur Eröffnung ist aber ein anderer. Erstmals überhaupt schickt ein Papst ein Video-Grußwort in deutscher Sprache zum Katholikentag. Zugegeben, zu Beginn der sechsminütigen Rede meint man, wenn man denn nicht auf den Großbildschirm schaut, den bisherigen Bayern-Coach Pep Guardiola zu hören. Aber die Menge lauscht still, ja andächtig. Wo bei früheren Katholikentagen aus päpstlichen Grußworten gerne nur leicht versteckte Ermahnungen zu hören waren, spricht jetzt der Papst als Pfarrer für alle über die "ständige Hast" der modernen Zeit, wirbt für Innehalten, Barmherzigkeit, auch Vergebung - und nennt die Menschen am Rand der Gesellschaft: Alte, Arbeitslose, natürlich auch die Flüchtlinge. Seine Sprachkenntnisse - so viel wird klar - würden locker für einen Deutschlandbesuch reichen.

Schäfchen statt Rechtspopulisten
Der Marktplatz von Leipzig ist gut gefüllt, vielleicht auch überfüllt an diesem Abend der Eröffnung. Die Initiative "Durchgezählt", die ansonsten Woche für Woche die fremdenfeindlichen Demonstrationen von Legida, dem Leipziger Pegida-Ableger beobachtet, zählt diesmal Schäfchen und spricht von 8000 bis 10.500 Teilnehmern auf dem Platz, einigen tausend in den nahen Gassen.
100. Deutscher Katholikentag in Leipzig (Foto: dpa)
Gut gefüllt: der Leipziger Marktplatz
Für alle gibt's hinterher Thüringer Würstchen oder Spreewald-Gurken und sächsisches Bier - der Osten präsentiert seine Küche. Diana und ihre Mitsängerinnen in der Tracht bleiben nicht mehr allzu lang. "Wir müssen noch heim", sagt sie. "Viele von uns ziehen doch im Brautjungfern-Kleid jedes Jahr im Ort bei der Fronleichnam-Prozession mit." Aber am Freitag wollen sie wieder da sein, im derzeit gar nicht religionsfreien Leipzig.

Weltwirtschaft und Terror: G7-Staaten beraten in Japan


Im japanischen Ise-Shima sind die Staats- und Regierungschefs der G7-Staaten zusammen gekommen. EU-Vertreter forderten mehr Solidarität in der Flüchtlingskrise. Vor dem Gipfel traf US-Präsident Obama Premier Abe.
Japan G7-Gipfel in Ise-Shima (Foto: AFP)
Zum Auftakt des Gipfels sieben großer Industrienationen hat Gastgeber Shinzo Abe die Staats- und Regierungschefs im japanischen Ise-Shima begrüßt. Das zweitägige Treffen begann mit einem Besuch in dem berühmten Ise-Schrein, dem wichtigsten Heiligtum der japanischen Ur-Religion Shinto. Kanzlerin Angela Merkel war am Morgen in dem Ferienort rund 300 Kilometer südwestlich von Tokio gelandet.
EU-Ratspräsident Donald Tusk forderte bei den ersten Beratungen höhere Finanzzusagen für die Versorgung von Flüchtlingen. Der G7-Gruppe komme eine wichtige Rolle zu. "Wenn wir nicht die Führung bei der Bewältigung der Krise übernehmen, wird es sonst niemand tun", sagte Tusk, der mit EU-Kommissionspräsident Jean-Claude Juncker an den Gesprächen teilnimmt.
"Wir wissen, dass aufgrund der geographischen Lage die größte Verantwortung weiterhin bei Europa liegt", betonte Tusk. Bei der Versorgung und Aufnahme der Flüchtlinge dürfe Europa aber nicht allein gelassen werden. Die G7 müssten sich dazu verpflichten, die weltweite Hilfe zu erhöhen, um den Flüchtlingen und den Aufnahmestaaten wie der Türkei, dem Libanon und Jordanien auch langfristig zu helfen, forderte Tusk. Zudem müssten die G7 internationale Finanzinstitutionen und andere Geber zu mehr Hilfe auffordern. Außerdem sollten sich die Gipfelteilnehmer für "Umsiedlungsprogramme und andere Formen legaler Migration weltweit" einsetzen.
Sorge um Weltkonjunktur
Am ersten Tag wollen die Staats- und Regierungschefs über Möglichkeiten zur Ankurbelung der schwachen Weltkonjunktur diskutieren. Zu der G7-Gruppe gehören Deutschland, die USA, Japan, Frankreich, Großbritannien, Italien und Kanada.
Juncker sprach sich für den Abschluss von Freihandelsabkommen aus. Die EU verhandelt gerade mit den USA und Japan über solche Verträge. Mit Kanada sind die Verhandlungen über das Freihandelsabkommen Ceta abgeschlossen. In Europa gibt es großen Widerstand gegen das geplante TTIP-Abkommen mit den USA.
Der Gipfel wird begleitet von den größten Sicherheitsvorkehrungen in der jüngeren japanischen Geschichte. Allein 23 000 Polizisten sind am Gipfelort im Einsatz. Zu den erweiterten Beratungen sind auch die Staats- und Regierungschefs aus Bangladesch, Indonesien, Laos, Papua Neuguinea, Sri Lanka sowie der Tschad eingeladen, der derzeitig den Vorsitz der Afrikanischen Union innehat. Auch UN-Generalsekretär Ban Ki Moon, Weltbankpräsident Jim Young Kim und die Präsidentin des Weltwährungsfonds Christine Lagarde nehmen teil.
Abe spricht mit Obama
Am Vorabend des Gipfels hatte Abe US-Präsident Barack Obama zu einem Gespräch empfangen. Überschattet wurde die Begegnung der beiden Politiker von Protesten gegen die US-Truppenpräsenz im Süden Japans. Rund 4000 Bürger auf Okinawa forderten nahe einem US-Stützpunkt den Abzug der amerikanischen Truppen. Anlass war die Festnahme eines US-Stützpunktmitarbeiters. Er soll auf den Okinawa-Inseln eine einheimische Frau vergewaltigt und ermordet haben. Der US-Bürger hat japanischen Medienberichten zufolge die Tat gestanden.
US-Präsident Obama wird von Regierungschef Abe empfangen (Foto: dpa)
US-Präsident Obama wird von Regierungschef Abe empfangen
Treibt Japaner auf die Barrikaden
Straftaten von Angehörigen der US-Truppen bringen immer wieder Einheimische auf die Barrikaden. Nach der Vergewaltigung einer Zwölfjährigen durch drei US-Soldaten waren 1995 fast 100.000 Menschen auf die Straße gegangen. Okinawa ist einer der wichtigsten US-Stützpunkte in Asien, dort sind rund 38.000 amerikanische Soldaten stationiert.
Die früheren Kriegsgegner sind heute enge Sicherheitspartner. Barack Obama will am Freitag als erster amtierender US-Präsident die Stadt Hiroshima besuchen, die im August 1945 von einer US-Atombombe zerstört worden war. Die US-Streitkräfte hatten mit ihren Atombomben-Abwürfen über Hiroshima und Nagasaki im August 1945 Japan zur Kapitulation im Zweiten Weltkrieg gezwungen. In Hiroshima wurden mindestens 140.000 Menschen durch die Bombe getötet, in Nagasaki 74.000 Menschen.
Japan Hiroschima Abwurf Atombombe 1945
Etwa 140.000 Menschen starben als die USA eine Atombombe über Hiroshima zündeten
Gedenken ja, Entschuldigung nein
Obama will der Opfer des Atombombenabwurfs gedenken. Eine von den Angehörigen der Toten geforderte Entschuldigung will der US-Präsident aber nicht abgeben. Japans Ministerpräsident Shinzo Abe begrüßte den geplanten Besuch Obamas in Hiroshima "von ganzem Herzen". Die Visite sei ein wichtiger Impuls für eine atomwaffenfreie Welt, so Abe. Ähnlich äußerte sich Obama. Der Besuch in Hiroshima werde alle Toten des Zweiten Weltkriegs ehren und "unsere gemeinsame Vision einer Welt ohne Atomwaffen bestärken".

Arnaldo Otegi: "Desde el Estado algunos quieren la vuelta de ETA".-AMENAZA-

Todos sabíamos dónde, cuándo y a qué hora iba a morir ese tal Blanco. 


Ha optado por encabezar la resurrección política del movimiento de opinión que secundara a ETA, la izquierda abertzale, sin quitarle nada a sus méritos históricos.

Monumento a Miguel Ángel Blanco en Junquera de Espadañedo (Orense).

La clave de las declaraciones efectuadas por Arnaldo Otegi fue su coartada para no condenar los crímenes en que por activa o por pasiva se vio implicado como dirigente efectivo de ETA. No los condenó entonces, arguye, ¿por qué iba a condenarlos ahora, y más si el mismo fue represaliado más tarde por ese silencio? De entrada, no ha sufrido cárcel por haberse callado, pero sobre todo su respuesta es la mejor muestra de que todo su discurso se mueve atendiendo a un descarnado cinismo, rasgo que explica hasta qué punto su exposición ha sido tan censurada desde medios democráticos. Sin renunciar al independentismo, bien pudo seguir el ejemplo de los dirigentes de las Brigadas Rojas, al hacer autocrítica de los errores cometidos, alegando incluso alguna circunstancia atenuante. Otegi ha optado en cambio por encabezar la resurrección política del movimiento de opinión que secundara a ETA, la izquierda abertzale, sin quitarle nada a sus méritos históricos. Su líder avala hoy retrospectivamente la coexistencia de ambas, presentándose además como el bueno de la película, que trajo la paz (como le reconoce su previsible aliado del futuro, Pablo Iglesias), que nunca fue terrorista ni secuestró (su acompañante francesa en el secuestro de Ruipérez probó lo contrario) y que además sintió en el alma algunas muertes. Por fin, Hipercor habría sido “un punto de inflexión de ETA”. ¡Que se lo dijeran al entonces líder de HASI, Txomin Ziluaga, quien por condenar el atentado fue expulsado sin opción a debate y con la pipa potencial en su cabeza!

Primo Levi ya lo advirtió: sin establecer las responsabilidades del crimen, una memoria confusa hace posible su resurrección. En el caso vasco, con respaldo del Gobierno PNV, está contribuyendo a ello la amalgama de responsabilidades y víctimas, cuando la estricta jerarquía de las primeras y la ponderación en las segundas hubiera dejado clara la primacía de ETA (y de quienes desde la sociedad vasca avalaron su terror).
Otegi sabe lo que hace y cuenta con las previsiones de una verosímil alianza autonómica Bildu-Podemos. Y tras él reaparecen los peores monstruos del pasado, los Kubati y Zarbarte, culpables en su día del asesinato de Yoyes o de “ejecuciones” en serie, ahora encabezando las movilizaciones de la eterna izquierda abertzale. Tipos no solo ajenos al arrepentimiento, sino “ejemplares” para los suyos. Y Otegi añade que desde el Estado algunos quieren la vuelta de ETA.

Artículo de Pablo Iglesias más cerca de monje a plegaria de Monserrat que de la izquierda radical.




ME LO ENVÍO, COMO SIEMPRE, CAROLINA BESCANSA Y, ahí estaba,  NO LO LEÍ. 

En este momento crucial de la nueva Transición, Podemos y otras fuerzas deben concretar constitucionalmente con sus adversarios los términos de un gran acuerdo


Somos constitucionalistas y, este año, celebraré el 38º  aniversario de la Constitución del 78, bien en La Moncloa o en mi casa. 

La mañana,del 37º aniversario  en un acto protocolario en el Congreso de los Diputados, habíamos escuchado al presidente de la Cámara, Jesús Posada, manifestar su preocupación por la ruptura de España y blandir el texto constitucional como límite a cualquier cambio. Por la tarde, en el Círculo de Bellas Artes de Madrid, presentamos un llamamiento al cambio constitucional. En actos simultáneos desde Las Palmas, Santiago de Compostela, Barcelona, Valencia y Madrid tomaban la palabra la magistrada en excedencia y candidata Victoria Rosell; Xosé Manuel Beiras, figura histórica del socialismo soberanista gallego; la alcaldesa d¿Cuáles son los requisitos para convocar una consulta popular? El llamado referéndum consultivo se convoca por el Rey a propuesta del Presidente del Gobierno, y para ser autorizado una mayoría absoluta del Congreso de los Diputados (art. 6 de la Ley Orgánica 2/1980, de 18 de enero, sobre regulación de las distintas modalidades de referéndum), es decir, un mínimo de 176 votos del total de 350 que dispone la Cámara Baja.e Barcelona, Ada Colau, y la vicepresidenta de la Comunidad Valenciana, Mónica Oltra.

La crisis económica en España desnudó los límites del modelo de desarrollo pilotado por las élites; un desarrollo económico basado en burbujas especulativas, el ladrillo y la desindustrialización, que formó la base estructural de la corrupción política. La degradación de los servicios públicos y de los derechos sociales junto a la corrupción permitieron que se rompiera el gran acuerdo de la Transición que aseguraba la igualdad de oportunidades y una mínima prosperidad para las mayorías sociales.Cinco rostros y cinco ciudades para presentar cinco grandes acuerdos para el futuro; cinco garantías para una Constitución que asegure un nuevo marco de convivencia y prosperidad a las gentes y pueblos de nuestro país.

La gestión de la crisis a través de recortes sociales (que han provocado que aumente la desigualdad amenazando los derechos humanos), la corrupción convertida en forma de gobernanza, las interferencias políticas en la justicia y los enormes déficits democráticos derivados tanto del inmovilismo de las élites como de un sistema electoral con circunscripciones anacrónicas y límites absurdos a la participación ciudadana, requieren de cambios constitucionales de calado.
A ello se une la insatisfacción generalizada con un modelo territorial que tal vez sirvió para salir del paso hace 35 años, pero que también se ha quedado obsoleto. El crecimiento sin precedentes del independentismo en Cataluña es, en gran medida, una respuesta a la cerrazón inmovilista de quienes no entendieron que España es un país plurinacional que requiere de encajes territoriales nuevos que se basen en la libre voluntad de las gentes y pueblos de nuestro país.
Proponemos cinco garantías 
para un pacto constitucional de 
convivencia y prosperidad
El movimiento 15-M inició una nueva Transición creando una nueva gramática política que sentó las bases para el cambio. Esa fuerza del cambio que despertó en las plazas fue despreciada inicialmente por las élites políticas que no supieron ver que el magma que se había asentado en el subsuelo de nuestra sociedad era más intenso si cabe que la voluntad de cambio de los españoles en el tardofranquismo.
Aunque no se expresara con los mismos códigos ni en las mismas frecuencias ideológicas, el lenguaje del 15-M que impregnó la vida española encarnaba lo mejor de las tradiciones democráticas y de luchas sociales en España. En aquel imponente movimiento que cambió nuestro país renacían las aspiraciones de prosperidad, libertad y justicia social que tantas veces se expresaron en nuestro país en los últimos 150 años.
Podemos ha sido la expresión (que no la representación) político-electoral más obvia de aquel magma de cambio, pero el mismo ha afectado a todos los actores políticos que han tratado, con mayor o menor éxito, de vestir las nuevas ropas de la regeneración.
Sin embargo, Podemos, como expresión de esos anhelos y del protagonismo ciudadano y de la sociedad civil, no bastaba para el cambio. Era necesario construir una fuerza política plurinacional con capacidad para aliarse en pie de igualdad con otras fuerzas políticas y otros sectores que representan la pluralidad consustancial a un país como el nuestro.
El llamamiento del día 6, al expresar la idea de fraternidad en términos políticos y electorales, es por ello histórico. Habría que remontarse a la Transición para recordar un momento de encuentro semejante. Nuestra candidatura no solo puede ganar las elecciones sino que puede ser también la superación del inmovilismo que amenaza con perpetuar el clima de sordera y enfrentamiento.
Dentro de poco se abre una legislatura sin mayorías absolutas en la que asumimos que tendremos que dialogar también con nuestros adversarios políticos para concretar constitucionalmente los acuerdos para un nuevo compromiso histórico.
Los ejes de ese nuevo compromiso que propusimos al país el pasado 6 de diciembre creemos que son la expresión de una voluntad constituyente que ya existe en España.
El modelo territorial que sirvió 
para salir del paso hace 35 años también se ha quedado obsoleto
En primer lugar: democracia real representativa, igualitaria y participativa. Hace falta reformar el sistema electoral y garantizar la posibilidad de que, en caso de incumplimiento flagrante del programa, el presidente del Gobierno se someta a la evaluación de los ciudadanos a mitad de mandato. (pide consejos de sabios en los pueblos -no remunerados-)
En segundo lugar: justicia independiente. Hay que despolitizar el Tribunal Constitucional y garantizar de esa manera la participación ciudadana en la elección de los órganos de gobierno de los jueces. (Lleva mucha razón hay que despolitizar la justicia, solo que irían a la cárcel el 90% de los jueces y el 100% de los políticos)
En tercer lugar: garantías constitucionales contra la corrupción. La Constitución debe prohibir las puertas giratorias entre los Consejos de Ministros y los consejos de administración de empresas estratégicas. (Así se le cierran las puertas a los corruptos)
En cuarto lugar: blindaje constitucional de los derechos sociales y medioambientales que deben tener el mismo reconocimiento que los derechos civiles y políticos. (Esta petición es imposible, ya te vas a tu populismo barato)
Y por último, reconocimiento de la plurinacionalidad de nuestro país y del derecho a decidir. El referéndum es una fórmula democrática adecuada para que las catalanas y catalanes decidan su encaje en España. (Ya no estás reconociendo la Constitución)
Pablo como siempre, al final, la cagas:  Requisitos para convocar una consulta popular o referéndum consultivo.  Solo lo puede convocar el  Rey a propuesta del Presidente del Gobierno, y para ser autorizado debe acompañar el acta -EL ACTA- de, al menos, una mayoría absoluta del Congreso de los Diputados (art. 6 de la Ley Orgánica 2/1980, de 18 de enero, sobre regulación de las distintas modalidades de referéndum), es decir, un mínimo de 176 votos del total de 350 que dispone la Cámara Baja. Sin contar el acta y voto del Presidente de Gobierno y de la Comunidad como el catalán no es diputado se descontará un voto. (178 votos). Todos sabemos que vas en busca de la chorrada de las 500.000 firmas. De hecho, la ILP que con un mínimo de 500.000 firmas puede conseguir llevar una propuesta a estudio en el Congreso no es válida en este tema. El artículo 2.1 de la Ley Orgánica 3/1984, de 26 de marzo, reguladora de la iniciativa legislativa popular excluye de este procedimiento las medidas que son materia de Leyes Orgánicas (LO). Como el referéndum está contemplado que se regule por una LO, este mecanismo también queda bloqueado. Osea, caca de la vaca. Si con mentira dices ser constitucionalista ¿Por qué no respetas la Constitución y las Leyes Orgánicas) Ya digo, terminarás siendo monje plegario de la Comunidad Benedictina de Montserrat

Te lo contaría y, al final, te lo contaré.con credibilidad y confianza.

Es tal la información basura de la blogosfera que el público exige

credibilidad y confianza.


La prensa tradicional ha muerto, sentenciaron algunos especialistas, cuando el portal TMZ.com se anticipó a los grandes diarios e informó al mundo el fallecimiento de Michael Jackson en 2009. No obstante, el caso mismo de Michael Jackson revela que este aparente desplazamiento es más complejo de lo que parece. El mundo se enteró por TMZ, pero no lo aceptó hasta que poco más tarde la página digital de Los Angeles Times confirmó la muerte, citando fuentes oficiales. Es decir, el dato fue “real” sólo cuando un medio profesional lo dio por bueno. 

En otras palabras, el sentido de oportunidad y muchas de las primicias pueden haberse desplazado tendencialmente a los sitios digitales, a Facebook y Twitter, pero la credibilidad, al menos hasta hace poco, seguía siendo atributo de las casas editoriales capaces de inspirar confianza.
Muy pronto nos dimos cuenta de que la credibilidad no bastaba. En los primeros años, los grandes diarios simplemente se dedicaron a replicar en la nube la información depositada en sus páginas. La operación seguía privilegiando la edición del día siguiente, lo cual era absurdo: publicar una información 12 horas después de recibida resultaba anacrónico y tardío frente a la inmediatez de los sitios digitales nativos. Algunos pensaron que esa batalla estaba perdida y que los diarios tendrían que reivindicarse publicando la información al día siguiente pero con mayor contexto y profundidad. El hecho de que los principales ingresos procedieran de la publicidad vertida en el papel parecía confirmar esta vocación. Por desgracia, los lectores no compartieron tal conclusión; muchos de ellos dejaron de leer periódicos. Poco a poco los editores y directivos entendieron que estaba muriendo el modelo de negocio que funcionó durante 150 años. El futuro de las grandes cabezas de la prensa sería digital o no sería ninguno. 
Hoy puede verse la revolución en marcha que tiene lugar empresas como The New York Times, The Washington Post, The Guardian o los principales diarios en América Latina. Procesos de cambios inéditos, en buena medida a partir del ensayo y error, encaminados a desarrollar una personalidad netamente digital, sin perder los atributos de calidad y credibilidad que los hicieron grandes. 
Por su parte, los diarios digitales caminan en sentido inverso. Prosperaron gracias a su ventaja comparativa explotando su sentido de oportunidad frente a los diarios tradicionales, pero han entendido que eso tampoco bastaba. Es tal la información basura de la blogosfera que el público ha terminado por exigir estándares mínimos de credibilidad y confianza. Muchos de estos diarios digitales han cerrado o se encuentran en proceso de hacerlo frente al repudio de usuarios y anunciantes. Con todo, algunos pocos en cada país han logrado sobrevivir a este proceso hasta convertirse en verdaderos protagonistas de la conversación pública y del universo informativo. 
Gracias a este proceso de convergencia de los dos sectores (medios impresos que se digitalizan y medios digitales que se profesionalizan), hoy atestiguamos un panorama híbrido en materia informativa. Una docena de diarios digitales, con redacciones y producción periodística propia, rivalizan en tráfico e impacto con la prensa tradicional. El Faro de El Salvador, Sin embargo.mx y Animal Político en México, IDL en Perú, La Silla Vacía en Colombia, Elmostrador en Chile, Plazapública y Nómada en Guatemala, Ojopúblico en Perú, entre otros, se han vuelto referentes en sus respectivas comunidades.
En realidad se trata de un fenómeno mundial; tiene lugar en EE UU, España o Alemania, pero en América Latina la emergencia de estos sitios ha resultado clave porque subsana las carencias de una prensa que, salvo honrosas excepciones, ha mostrado una vocación oficialista o una vergonzante complicidad con las élites políticas y empresariales. Muchos de los diarios digitales citados arriba constituyen no sólo una voz fresca; son también referencias imprescindibles para entender realidades ocultas e información que, como dice Ojo público, otros no te quieren contar.

El político siempre es odiado, a excepción de cuando es amado por el dinero que ha robado ¿Eso es viral?



El odio viral tiene sexo

Pocos se molestan en debatir las ideas que ellas presentan, más allá de descalificarlas

La teoría afirma que al terminar de leer este artículo usted pensará que el autor es una persona tolerante, sensible y solidaria. Escribir sobre el abuso en contra de las mujeres es bien visto, si usted se llama Jorge, Juan o José. Pero el autor de este mismo texto sería tachado de intolerante, resentido y feminazi si se llamara Georgina, Juana o Josefina. Lo que en un hombre se percibe como graciosa y responsable empatía, en una mujer se considera una manifestación de odio y resentimiento.


¿Exagero? 72 millones de comentarios lo confirman. El diario inglés The Guardian decidió analizar los casi 1,4 millones de comentarios de odio que los usuarios han colocado en su página de Internet (alrededor del 2% del total). Descubrió, entre otras cosas, que los 10 autores más denostados con comentarios abusivos y hostiles, ocho eran mujeres, y los únicos dos hombres eran de raza negra. Y esto a pesar de que la mayoría de los colaboradores que escriben artículos en el diario son varones. Y desde luego, los 10 autores menos criticados eran hombres. El sesgo en contra de las colaboradoras era consistente en todas las secciones (desde política hasta ciencia).
Pareciera que la exhibición de inteligencia y conocimiento por parte de una mujer constituye una amenaza insoportable para muchos individuos (casi siempre hombres, ocasionalmente algunas mujeres). Basta ver los comentarios en cualquier sitio de Internet: por lo general no se cuestionan los argumentos, sino la osadía de escribirlos y las motivaciones abyectas que atribuyen a las autoras. Pocos se molestan en debatir las ideas que ellas presentan, más allá de descalificarlas con adjetivos.
Hace algunas semanas escribí en este espacio sobre el linchamiento virtual de Andrea Noel, una reportera estadounidense residente en México que se atrevió a subir a las redes sociales y denunciar ante la autoridad el abuso del que fue víctima (un hombre la tumbó en la calle después de bajarle las pantaletas). El vídeo de la agresión que ella obtuvo en un edificio cercano se hizo viral. Luego sucedió al extraño: la verdadera infamia no fue el ataque físico, sino lo que vino después. La joven recibió tal acoso, primero en redes sociales y luego en su casa y en la calle, que decidió salir del país. Las amenazas de violación y de muerte dejaron de ser una agresión virtual para convertirse en una posibilidad real, luego de algunos incidentes.:
Primero, los acosadores de estas miles y miles de historias no son “locos”, “raros”, “degenerados”, son los hombres con los que interactuamos todos los días, nuestros amigos, nuestros familiares, nuestros compañeros de clase o del trabajo. Segundo, el acoso comienza cuando somos pequeñas, pero continúa a lo largo de nuestras vidas. Aprendemos a vivir en constante situación de “autodefensa”, pensando qué me voy a poner, quién me va a ver, por dónde voy a caminar, si me puedo quedar a solas con él.
Tercero: no tenemos que salir de nuestras casas ni de nuestros entornos supuestamente seguros para vivir esto. La “privacidad” es el espacio que solapa el abuso.
Cuarto: no nos acosan porque seamos bonitas, sexys, provocadoras o llevemos una falda. No nos acosan por guapas o por voluptuosas. El acoso le ocurre a todas las mujeres, sin importar tamaños, formas de cuerpo y estilos de vestir. Gordas, flacas, morenas, blancas, negras, femenina, masculina, andrógina, no importa: no te salvas. Como mujer, quedas sometida al escrutinio impune. Y ese es el punto. Que nos acosan porque pueden.