Słynna aktorka, znana ze swego zaangażowania społecznego, m.in. jako ambasador dobrej woli UNHCR, będzie wkrótce gościnnie wykładać na słynnej uczelni London School of Economics (LSE). „Kobiety, pokój i bezpieczeństwo” to nowy kierunek, na który będzie można ubiegać się o przyjęcie od sierpnia br.
Comentando una forma de vivir creativa y pasional, la textura es de rabia y emotividad, hay desesperación y un poco de ansiedad. ¡¡BASTA YA¡¡. Juan Pardo Navarro
SPOŁECZEŃSTWO Łódź uchodźców jako ołtarz na mszy przed kolońską katedrą w Boże Ciało
Podczas mszy pod gołym niebem przed katedrą w Kolonii kardynał Woelki przypomniał o uchodźcach, którzy utonęli na Morzu Śródziemnym i wezwał do walki z nędzą na świecie.
Arcybiskup Kolonii kardynał Rainer Maria Woelki przypomniał, stojąc za starą, siedmiometrową łodzią z Malty, o ludziach, którzy utonęli podczas przeprawy przez Morze Śródziemne uchodząc przed wojną, terroryzmem, nędzą i głodem w ich ojczyźnie. "Kto zezwala na to, aby ludzie tonęli w falach Morza Śródziemnego, ten zezwala na utonięcie Boga, każdego dnia, po tysiąckroć", powiedział zwracając się do tłumu wiernych, którzy przybyli do słynnej kolońskiej katedry na uroczystą mszę w Boże Ciało.
Walczmy z niesprawiedliwością na świecie
Ołtarz chrześcijański jest symbolem samego Chrystusa, powiedział Woelki. W tym roku za ołtarz posłużyła stara, drewniana łódź rybacka kupiona przez kolońskie arcybiskupstwo. Kilka lat temu maltańska straż przybrzeżna zarekwirowała ją podczas akcji ratowania uchodźców na pełnym morzu. W tej siedmiometrowej łodzi walczyło o życie od 80 do 100 ludzi, którzy uciekli na niej z Libii przed wojną i terroryzmem. Kardynał Woelki, przypominając historię łodzi, powiedział, że "trzeba w niej widzieć postać Chrystusa, stojącego wśród tych ludzi, młodych i starych, kobiet i dzieci, usiłujących przeprawić się przez morze".
"Nie można obchodzić uroczyście i w spokoju święta Bożego Ciała nie czyniąc wszystkiego, co możliwe, aby zwalczać niesprawiedliwość, nędzę i głód na świecie", podkreślił w kazaniu kardynał Rainer Maria Woelki. Po tych jego słowach rozległy się spontaniczne oklaski.
W tym roku msza z okazji Bożego Ciała została odprawiona pod gołym niebem na placu przed katedrą dla podkreślenia solidarności wiernych z uchodźcami i migrantami. Przybyli na nią licznie wierni modlili się o wszystkich, którzy w tej chwili są w drodze uciekając przed wojną i nędzą. Następnie przez centrum Kolonii przeciągnęła procesja. W Kolonii ta tradycja sięga XIII wieku.
Pamięć o uchodźcach, którzy zginęli po drodze
Kardynał Woelki przypomniał o ubiegłorocznej akcji kolońskiego arcybiskupstwa 23 tysięcy uderzeń w kościelne dzwony w 230 kościołach dla uczczenia pamięci 23 tysięcy uchodźców, którzy od roku 2000 utonęli w Morzu Śródziemnym.
"Od tego czasu dołączyły do nich setki nowych ofiar śmiertelnych. Ludzi ci utonęli, zamarzli, albo zostali zamordowani. Ich nadzieje, ból, cierpienia, marzenia, a także ból po ich utracie wśród ich nabliższych, podobnie jak pełną historię ich życia zna tylko Bóg", powiedział w przejmującym kazaniu arcybiskup Kolonii. Jego slowa wywołały ogromne poruszenie wśród wiernych.
Usa. Donald Trump sichert sich absolute Mehrheit
Der Milliardär hat die Delegiertenzahl beis ammen, die er für seine offizielle Nominierung als Präsidentschaftskandidat der US-Republikaner braucht. Bei den Demokraten ist dagegen weiter Familiens treit angesagt.
Seit Monaten sammelt Donald Trump bei den US-Vorwahlen Stimmen von Delegierten, die ihn im Juli zum Präsidentschaftskandidaten der Republikaner küren. Mindestens 1237 benötigt er. Diese Schwelle hat er jetzt erreicht, wie Trump selbst entsprechende Medien berichte bestätigte.
Bei einer Pressekonferenz im Bundesstaat North Dakota war Trump von 15 Delegierten umgeben, die ihm zuletzt seine Unterstützung zugesagt hatten. Dabei handelte es sich um "ungebundene" Delegierte. Sie sind beim Nominierungs parteitag der Republikaner in Cleveland nicht an den Ausgang der Vorwahlen in ihrem jeweiligen Staat gebunden, sondern können frei über den Kandidaten entscheiden. Unter ihnen waren mehrere frühere Unterstützer des Senators Ted Cruz, der ebenso wie der Gouverneur von Ohio, John Kasich, Anfang Mai das Handtuch geworfen hatte. Bei den Vorwahlen der Republikaner, die noch bis zum 7. Juni andauern, hat Trump seither keine Konkurrenten mehr.
"Über die Hürde"
"Die Leute hinter mir haben uns über die Hürde gehoben", sagte Trump bei seinem Auftritt in der Stadt Bismarck unter Verweis auf die "Ungebundenen". Er fühle sich "geehrt".
Trump hatte im Juni 2015 seine Kandidatur bekanntgegeben. Zunächst galt er als chancenlos. Doch im Laufe des Vorwahlkampfes setzte sich der Milliardär gegen insgesamt 16 Mitbewerber durch - eine echte Überraschung, denn zum Teil verfügten sie politisch über deutlich mehr Erfahrung und Rückhalt.
Sanders will TV-Debatte mit Trump
Seine Rivalin im Kampf um die Nachfolge von US-Präsident Barack Obama wird aller Voraussicht nach die frühere Außenministerin Hillary Clinton. Sie steht kurz davor, sich die absolute Mehrheit der Parteitagsdelegierten der Demokraten zu sichern. Clinton muss sich aber in den verblei benden Vorwahlen voraussichtlich weiterhin mit ihrem partei internen Konkurrenten Bernie Sanders auseinandersetzen.
Und der lässt es nicht sein, Clinton weiter zu ärgern: Nun äußerte der 74 alte Senator aus Vermont den Wunsch, eine Fernsehdebatte mit Trump zu führen. Sanders erklärte bei einer Wahlkampf veranstaltung in Kalifornien: "Es scheint so, als sei Donald Trump bereit, mit mir zu debattieren. Ich bin begeistert. Ich glaube, wir müssten dafür das größte Stadium hier in Kalifornien mieten." Trump seinerseits willigte ein - will aber keine Gratis-Veranstaltung. "Ich würde es lieben, mit Bernie zu debattieren", sagte er. "Aber das würde eine Menge Geld kosten, zehn bis 15 Millionen Dollar." Das Geld solle für wohltätige Zwecke gespendet werden.
Clinton belasten zudem Ermittlungen der Bundespolizei FBI und anderer Behörden, die ihr die unzulässige Verwendung eines privaten E-Mail-Servers während ihrer Amtszeit als Ministerin vorwerfen. In einer neuen Umfrage des Senders CBS und der "New York Times" sagten 64 Prozent der Befragten, sie betrachteten weder Clinton noch Trump als ehrlich und vertrauenswürdig.
Los Óscars uno de los mayores fraudes, después de la política.
Para mi que los Óscars son una convención de socialistas ricos, poderosos y corruptos cuyo único fin es pasear a sus musas de tetas caidas y trajes alquilados mientras encuentran, en el festival, a otras modelizante aceptables.
Los Óscars hace ya mucho que me parecen una de las mayores injusticias del año. Se suelen conceder a películas espantosas (a menudo pretenciosas); los de interpretación van a parar a alardes circenses que nada tienen que ver con el oficio de actuar: al actor histriónico y pasado de rosca; a la actriz que se afea o adelgaza o engorda hasta no parecer ella; al actor que hace de transexual o de disminuido físico o psíquico; a la actriz que logra una aceptable imitación de alguien real, un personaje histórico no muy antiguo para que el público pueda reconocerlo. Cosas así. Como he dicho alguna vez, hoy sería imposible que ganaran el Jack Lemon de El apartamento, el James Stewart de La ventana indiscreta o el Henry Fonda de Falso culpable, que interpretaban a hombres corrientes.
Los Óscars hace ya mucho que me parecen una de las mayores injusticias del año
Tampoco es que ganaran en su día, por cierto; Cary Grant no fue premiado nunca y John Wayne sólo al final de su carrera, a modo de consolación, por un papel poco memorable. En fin, Hitchcock no se llevó ninguno como director, y con eso ya está dicho todo sobre el ojo de lince de los tradicionales votantes de estos galardones. Pero todo ha ido a peor: al menos John Ford consiguió cuatro en el pasado. La estupidez no ha hecho sino ir en aumento en este siglo XXI. Pero qué se le va a hacer, son los premios cinematográficos más famosos y a los que más atención se presta, y sólo por eso me ocupo del Asunto que ha dominado la edición de este año.
Como sabrán, la ceremonia ha sido boicoteada por numerosos representantes negros porque, por segunda vez consecutiva, no hubiera ningún nominado de su raza en las cuatro categorías de intérpretes, ergo: racismo. A continuación se han unido a la queja los latinos o hispanos, por el mismo motivo. Y supongo que no tardarán en levantar la voz los asiáticos, los árabes, los indios y los esquimales (ah no, que estos dos últimos términos están prohibidos). Y que llegará el momento en que se mire si un candidato “negro” lo es de veras o sólo a medias, como Halle Berry u Obama, uno de cuyos progenitores era sospechosamente blanco. Los hispanos protestarán si entre sus candidatos hay mayoría de origen mexicano o puertorriqueño (protestarán los que desciendan de cubanos o uruguayos, por ejemplo).
Los asiáticos, a su vez, denunciarán discriminación si entre los nominados hay sólo chinos y japoneses, y no coreanos ni vietnamitas, y así hasta el infinito. En la furia anti-Óscars de este año se han hecho cálculos ridículos, que, según los calculadores, demuestran la injusticia y el racismo atávicos de la industria cinematográfica: mientras los actores blancos han ganado 309 estatuillas, los negros sólo 15, los latinos sólo 5, 2 los indios y 2 los asiáticos.

Es como decir que la música clásica es racista y machista porque en el elenco de compositores que han pasado a la historia y de los que se programan y graban obras, la inmensa mayoría son varones blancos. La pregunta obvia es esta: ¿acaso hubo negros, o gente de otras razas, que en la Europa de los siglos XVII, XVIII y XIX –el lugar y la época por excelencia de esa clase de música– se dedicaran a competir con Monteverdi, Vivaldi, Bach, Haendel, Mozart, Beethoven y Schubert? ¿Acaso a lo largo de la historia del cine hubo muchos cineastas negros? Sucede lo mismo con las mujeres. Es lamentable que a lo largo de centurias éstas fueran educadas para el matrimonio, los hijos y poco más, pero así ocurrió, luego es normal que el número de pintoras, escultoras, arquitectas, compositoras e incluso escritoras (en la literatura se aventuraron mucho antes que en otras artes) haya sido insignificante en el conjunto de la historia.
¿Acaso a lo largo de la historia del cine hubo muchos cineastas negros?
¿Que el mundo ha sido injusto con su sexo? Sin duda alguna. ¿Que se les impidió dedicarse a lo que quizá muchas habrían querido? Desde luego. Es una pena y una desgracia, pero nunca sabremos cuántas grandes artistas se ha perdido la humanidad, porque lo cierto es que no las hubo, con unas pocas excepciones. ¿Clara Schumann, Artemisia Gentileschi, Vigée Lebrun? Claro que sí, pero son muy escasas las de calidad indiscutible. Muchas más en literatura: las Brontë, Jane Austen, Dickinson, George Eliot, Madame de Staël, Pardo Bazán, Mary Shelley, e innumerables en el siglo XX, cuando ya se incorporaron con normalidad absoluta. Pues lo mismo ha sucedido con los negros de las películas: durante décadas tuvieron papeles anecdóticos y apenas hubo directores de esa raza. Si hoy constituyen el 13% de la población estadounidense, que se hayan llevado el 4,5% de todos los Óscars otorgados no es tan infame teniendo en cuenta que el primero a actor principal (Sidney Poitier) no llegó hasta 1963. Pero dejo para el final la pregunta que hoy nadie se hace: en algo que supuestamente mide el talento, ¿por qué éste ha de ser proporcional? Jamás lo ha sido, ni por sexo ni por raza ni por países ni por lenguas.
¿Cabría la posibilidad de que los nominados al Óscar de un año fueran todos no-blancos? Sin duda. No veo por qué no la habría de que otro año todos fueran de raza blanca, si son los que han destacado. La única vez que un libro mío ha sido finalista de un importante premio estadounidense, compitió con cuatro novelas de mujeres, de las cuales dos eran blancas, una medio japonesa y otra africana. Ganó esta última, y, que yo sepa, nadie acusó de sexismo ni de racismo a los miembros del jurado.
.Padres de los 43 normalistas desaparecidos/asesinados rechazan la oferta del Gobierno.
Luego de protestar frente a las instalaciones de la Procuraduría General de la República (PGR), padres de familia de los 43 estudiantes desparecidos de Ayotzinapa, acompañados por maestros de la CNTE, reiteraron que no aceptarán el plazo de seis meses que dio el gobierno federal para la búsqueda de sus hijos.
Explicaron que es muy poco tiempo como para poder llevar a cabo las investigaciones concretas sobre lo que sucedió con los jóvenes.
Después de marchar del Ángel de la Independencia a las instalaciones de la PGR, ubicada sobre avenida Reforma, los padres realizaron un mitin frente a la dependencia donde exponen la situación que han enfrentado en los últimos 20 meses durante la búsqueda de su hijos.
En las instalaciones de la dependencia federal se reunieron cerca de 500 manifestantes, según indican autoridades capitalinas quienes se distribuyen en los alrededores vigilando para evitar que se presente algún incidente.
Los "dueños" del narco y de la droga en México. ¡Basta ya¡
José María Chávez Magaña. Le dicen El Pony. Fue aprehendido en Tejupilco, Estado de México, en una acción conjunta de la PGR, la Marina y el Ejército. El Pony puso en manos de las autoridades federales la estructura completa de la Familia Michoacana y reveló cómo fue que su organización pudo apoderarse de cada uno de los municipios que conforman el estado.
Su relato es el de los años en que la Familia Michoacana contó “al cien” y “al doscientos por ciento” con el apoyo de autoridades municipales y estatales, no sólo del Estado de México, sino también de Guerrero y Michoacán.
El Pony estuvo detenido varios años en Estados Unidos. Lo habían sorprendido con cinco kilos de cocaína y una tonelada de marihuana. Logró que le hicieran pagar los últimos años, de los 15 que pasó en prisión, en el penal de Uruapan. Al salir buscó al jefe de la Familia Michoacana en Zitácuaro y le pidió que lo contactara con el líder máximo de la organización, José de Jesús Méndez Vargas, alias El Chango. Según El Pony, se habían conocido de muchachos, cuando trabajaban como peones en campos de Estados Unidos.
Quince años en la cárcel formaban, al parecer, un buen currículum. El Chango Méndez lo hizo jefe de plaza en Ecatepec y puso bajo su mando a 80 personas. “Yo coordinaba la compra y venta de droga, y que no hubiera otros vendedores en la zona”, dijo El Pony.
La Familia estaba en guerra con Los Zetas y con los Beltrán Leyva, “por lo que al que nos topábamos lo íbamos tumbando”. Cuando Ecatepec quedó “asegurado”, El Chango mandó a El Pony a “abrir plaza” al sur del Edomex. Quedó al frente de cien sicarios y de los municipios de Tlatlaya, Tultepec, Coatepec Harinas, Almoloya de Alquisiras, Sultepec y Amatepec.
A fines de 2006, mientras se verificaba en el estado el cambio el gubernatura —salía Arturo Montiel, entraba Enrique Peña Nieto—, El Pony “había limpiado ya la plaza, sacando a Los Zetas de la zona”. La recompensa fue que El Chango le dejó colocar gente de confianza al frente de estos municipios. Se acomodaron así:
Tlatlaya: Leobardo Villegas, El Sierreño, con 15 pistoleros; Tultepec, un sujeto apodado El Toro, con 12; Coatepec Harinas, un individuo apodado El Verde; Almoloya de Alquisiras, Armando Hernández Hernández, El Player; Amatepec, Johnny Hurtado Olascoaga, alias El Fish o El Pez, con 18 sicarios a su mando.
Nadie los molestó en los cinco años siguientes. “Duramos así hasta 2011… las plazas estaban totalmente aseguradas”, declaró. Había presidentes municipales y jefes policiacos que apoyaban a la Familia “con todo”: “al cien” y “al doscientos por ciento”.
En Tlatlaya, El Sierreño recibía goma de opio y marihuana de la zona serrana de Guerrero —San Miguel Totolapan, Ajuchitán del Progreso y Apaxtla de Castrejón— y la internaba en el estado para su distribución.
En 2011 El Chango Méndez fue detenido por autoridades federales y se replicó, en el Edomex, la mecánica de otras regiones en donde las organizaciones criminales han sido descabezadas. El heredero de El Chango, su hermano Antonio Méndez, decidió aliarse con el jefe de plaza en Toluca, Rodolfo Paredes, alias El Bofo, para frenar el creciente poder que el grupo de El Pony había adquirido. Para lograrlo, se alió con Miguel Ángel Treviño, líder de Los Zetas, y Mario Salgado Casarrubias, líder de los Guerreros Unidos.
En medio de esa crisis no hubo un solo delito de alto impacto que no creciera en el Estado de México. Homicidios, secuestros, extorsiones, robos con violencia. La tendencia inició en 2011 y alcanzó el delirio en 2012.
Tras la defección de Antonio Méndez, El Pony quedó como único líder de La Familia en el Estado de México. Mandó a Johnny Hurtado a controlar la región colindante con Guerrero; le entregó Nezahualcóyotl y Chimalhuacán a Armando Hernández, El Player; puso Los Reyes en manos de Juan Carlos Muñoz Vargas, El Pariente; le dio Ixtapaluca, Chalco y Amecameca a El Mascarita o El 9 ½, y Valle de Bravo a José de Jesús Salazar, El Tuzo. Toluca quedó a cargo de José Luis Vences, El Chanis.
Un guatemalteco llamado “Edgar” surtía la cocaína: llegaban 40 kilos cada diez días, a bordo de “camiones de pasaje”. El Pony la repartía en las plazas. Todo seguro y con protección. Les fue tan bien que Johnny Hurtado logró expandirse a varios municipios de Guerrero: Teloloapan, Apaxtla, Cuetzala, Balsas, Acapetlahuaya, Amatepec, Tlalchapa. El sindicato de transportistas de la CTM de Arcelia, dijo El Pony, movía la cocaína en sus camiones.
Para él, todo terminó en Tejupilco. Pero la historia que cuenta no. Esa historia no ha terminado y sigue hundiendo en la barbarie y la zozobra a millones de mexicanos.
Ada Colau, investigada por 'The Guardian': "¿Será la alcaldesa más radical del mundo?"
El diario británico The Guardian recoge este jueves un amplio reportaje sobre la figura de Ada Colau. La cabecera cuenta la trayectoria de la alcaldesa de Barcelona desde su etapa de activista de la Plataforma de Afectados por la Hipoteca (PAH) y recuerda cómo saltó a la fama por su intervención en el Congreso en la que tildó de criminal un representante de la banca.
"En el mundo occidental se ha convertido en un tópico hablar de la ‘nueva política’ en respuesta a la apatía de los electores, la crisis económica, la corrupción y el declive de los partidos políticos establecidos. Pero en el caso de España ha sido verdad", constata el texto. Y añade: "Ada Colau ha estado implicada en cada paso del camino, y como alcaldesa de la segunda ciudad del país, ahora tiene poder político real. Se enfrenta a una pregunta vital para el izquierda en toda Europa: ¿puede poner en práctica su agenda radical?".
Principal reto
El diario asegura que el principal reto de su mandato será la gestión del turismo. Barcelona tenía 1,7 millones de turistas en 1990 y ahora tiene más de ocho millones. "La infraestructura ha mejorado, pero el problema es básico: es una ciudad relativamente pequeña, no es Londres, ni París ni Nueva York", publica el diario. Y, tras este acercamiento a la situación de Barcelona, recoge muchas de las promesas y frases más célebres de la alcaldesa cuando ni siquiera se planteaba entrar en política para contraponerlas a su actuación tras la llegada al gobierno de la ciudad. Entre ellas, destacan: "cualquier ciudad que se sacrifica en el altar del turismo de masas será abandonada por su gente cuando ya no pueden pagar el coste de la vivienda, la alimentación y las necesidades diarias básicas”, o “hay una sensación de que Barcelona podría correr el riesgo de perder su alma”.
En resumen, el reportaje de Dan Hancox considera este tipo de “contratiempos” como el quid de una “cuestión más importante para los partidarios como B en Comú y los otros partidos nuevos como de Podemos: ¿Valió la pena el esfuerzo? ¿Es posible que sólo hayan servido para ejercer presión desde fuera para provocar un cambio en los parlamentos?”.
Muere Arturito Pomar, el Mozart del ajedrez
El talento de Pomar fue reconocido por el mismísimo Bobby Fischer
En una España en blanco y negro, devota de toreros y vírgenes, que vivía con colas, estraperlo, cartillas de racionamiento y temor a que la nueva guerra mundial reviviera nuestra recién terminada cruzada, un niño mallorquín de 11 años afirmó la autoestima de todo un país
.
A
rturo Pomar, el niño prodigio que apareció en el Nodo y que consiguió que Francisco Franco sonriera en la foto oficial, falleció ayer a los 84 años en Barcelona. Un talento de la naturaleza, en una España en blanco y negro, de hambre y posguerra, que aprendió a jugar a los cinco años y que a los 12 hizo tablas con el entonces campeón del mundo, Alexander Alekhine, en el torneo de Gijón de 1944.
Pomar, Arturito como era conocido, fue dado a conocer al gran público por MARCA. Su director Manuel Fernández Cuesta no creía en el ajedrez y le comentó a Manuel de Agustín, redactor, futuro corresponsal de RNE en París y entusiasta del milenario juego: "El ajedrez no interesaba a los lectores y sus jugadores están majaretas, pero si me traes una luciérnaga que ilumine nuestras páginas, te haré caso y lo publicaremos".
Esa luz fue Pomar, cuya imagen fue aprovechada por el régimen para promover la imagen de la inteligencia nacional en los tiempos de la autarquía, del espíritu quijotesco e individualista cuando España estaba aislada internacionalmente y no tenía ni siquiera un hueco en la ONU. Pero el genio de Pomar no tuvo el apoyo necesario para aspirar al título mundial, y su única recompensa fue un puesto de funcionario en la oficina de correos de Ciempozuelos. "Pobre carterito español", comentó sobre el Bobby Fischer cuando acudió solo sin ningún entrenador al interzonal de Estocolmo de 1960.
Su talento comenzó a marchitarse, aunque eso no le impidió ganar en siete ocasiones el campeonato de España absoluto y lograr excelentes resultados como en el torneo de Hollywood, donde entre jugada y jugada alternó con estrellas del celuloide. Eran otros tiempos, en los que el Real Madrid tenía sección de ajedrez, y Pomar trataba de tú a tú a las superestrellas soviéticas del ajedrez.
A comienzos de los 90 dejó de participar en torneos de élite, y en 2004 hizo su última aparición pública en la Olimpiada de Calvià en la que incluso alguien tan poco dado al halago como Víctor Korchnoi, tres veces subcampeón del mundo, le premió con un gran aplauso.
FUE ESA ESTRELLA QUE DESCUBRIÓ MARCA
"Trae un'crack' del ajedrez y será portada"
En una España en blanco y negro, devota de toreros y vírgenes, que vivía con colas, estraperlo, cartillas de racionamiento y temor a que la nueva guerra mundial reviviera nuestra recién terminada cruzada, un niño mallorquín de 11 años afirmó la autoestima de todo un país.
La España casi devastada todavía podía asombrar al mundo en el ajedrez, un deporte en el que la inteligencia se supone. La Unión Soviética comenzaban a dominar los tableros del mundo, pero nosotros teníamos a Arturo Pomar, a Arturitomejor dicho, para lanza en ristre, como un Don Quijote cualquiera, pelear sólo y sin ninguna ayuda contra los molinos del ajedrez.
Pomar vivió sus últimos años retirado en la localidad barcelonesa de San Cugat del Vallés. Perdió casi todos sus recuerdos, en una difícil partida con la vida, incluido el del papel de PERIÓDICOS en los comienzos de su carrera, pero la historia y las hemerotecas no olvidan a quien tanto hizo por las ilusiones de una nación deseosa de buenas noticias.
El retrato del campeón balear se encuentra en el museo del RealMadrid. Pero hasta que todo esto llegara, el fallecido periodista Manuel de Agustín, redactor de MARCA y posteriormente corresponsal de Radio Nacional de España en París durante muchos años, compatibilizaba el trabajo, las labores informativas, con la devoción, promotor del ajedrez en todas sus facetas.
El que esto escribe compartía con él, pese a la diferencia demás de 40 años de edad, la afición por las partidas rápidas (de 5 minutos) -cultivadas en varios torneos de Linares y Campeonatos de España-. Manuel De Agustín hablaba con su verbo rápido y fácil, golpeaba el reloj de ajedrez y sacrificaba peones en busca del santo grial de la belleza del jaquemate. "¡MARCA fue el medio de comunicación que dio a conocer a Pomar al gran público!.
"En 1943, yo mantenía una cariñosa disputa de criterios informativos con el director del periódico, Manuel Fernández Cuesta, quien me dijo un día que el ajedrez no interesaba a los lectores: 'Todos los jugadores están majaretas, pero si me traes una luciérnaga que ilumine nuestras páginas, te haré caso y publicaremos ajedrez'. Eso me estimuló, fue todo un reto personal", decía Manuel De Agustín.
JUGABA COMIENDO BIZCOCHO
El intrépido periodista fue uno de los organizadores del Campeonato de España disputado en Madrid y esto finalmente significó el nacimiento del fenómeno Pomar cuando el campeón de Baleares, Nicolás Ticoulat -afincado luego en Francia-, declinó participar porque había sido represaliado políticamente. Esto abrió las puertas a un jugador de 11 años que comenzaba a ser conocido en Mallorca. Ese jugador, ese niño, se llamaba Arturito Pomar, y durante "las partidas comía los bizcochos con chocolate que le preparaba su madre", relataba el periodista.
De Agustín acudió al despacho de Manuel Fernández Cuesta para decirle casi voz en grito: "¡¡¡Ya tengo la luciérnaga!!!". El director del periódico cumplió la promesa. MARCA comenzó a dar información y reportajes de ajedrez: "Incluso alguna que otra portada pese a que el fútbol era, como hoy en día, el deporte rey".
Pomar era un superdotado que aprendió a jugar a los 5 años, pero también un niño al que le hizo mucha ilusión el regalo de un grupo de aficionados de Madrid: una bicicleta. Su madre contaba cómo era Arturito: "Su felicidad es infinita cuando gana; si pierde, su desconsuelo es igual que el de un niño al que se le ha roto un juguete".
EL MOZART DEL AJEDREZ
La carrera del Mozart del ajedrez, como le describían los periodistas de la época -en la actualidad, el noruego Magnus Carlsen, de 17 años y número tres del mundo recibe ese calificativo-, acababa de comenzar. La fiebre Pomar, con el NODO reseñando sus hazañas, llegó a toda España. Hasta Franco no pudo sustraerse al fenómeno y le recibió con una sonrisa -algo bastante insólito- con 14 años en el Palacio de El Pardo, en 1946, tras el triunfo en el Campeonato de España y un brillante sexto puesto en el torneo de Londres.
Los padres de Pomar, con problemas económicos como gran parte de los españoles, comprendieron que su célebre hijo podía ayudarles a escapar de las penurias, y aceptaron cualquier exhibición de partidas simultáneas-en las que un jugador se enfrenta a varios jugadores al mismo tiempo- sin importarles que esto pudiera perjudicar a larga, como así sucedió, a su hijo. Daba igual, Pomar era uno de los niños del franquismo que con 12 años había hecho tablas después de ocho horas y tres sesiones de juego con el campeón del mundo, Alekhine, en el torneo de Gijón. Sobre ese enfrentamiento, el gran maestro y psiquiatra estadounidense, Reuben Fine, comentó: "Lamanera en que un chaval de esa edad ha adquirido tal conocimiento de aperturas, tal profundidad de análisis posicional y de rapidez de cálculo táctico, sobrepasa el entendimiento humano". Pero el niño creció y creció, consiguiendo excelentes resultados. Pero la única ayuda que recibió Pomar del Régimen fue un puesto de funcionario de Correos en la oficina de Ciempozuelos en 1959. No era el mejor lugar para la preparación de un deportista. Se retiró antes de cumplir los 60 años, a vivir entre el cielo y la tierra, a un cielo azul pero a una tierra más negra que blanca.
Suscribirse a:
Entradas (Atom)
