Dwa policyjne radiowozy, autobus i karetka pogotowia podjeżdżają pod blok z mieszkaniami socjalnymi na przedmieściach Cottbus, blisko 100-tysięcznego miasta położonego 40 km od granicy z Polską. Jest godzina 6 rano. 26-letnią Czeczenkę Kedę budzi głośne pukanie do drzwi.
– Otwierać, policja!
Do mieszkania wchodzi trzech rosłych funkcjonariuszy. – Proszę się pakować, jedzie pani do Polski – oznajmia stanowczo jeden z nich. Dają Kedzie kilkanaście minut na zebranie rzeczy.
– Deportacja nigdy nie jest zapowiadana – wyjaśnia Elisabeth Helm z FluMiCo, niemieckiej organizacji pomagającej uchodźcom.
Keda ma trójkę małych dzieci. Uciekła z Czeczenii, gdy jej męża zamordowali nieznani sprawcy. Podobnie jak większość rodaków dotarła do Niemiec przez Polskę. Zgodnie z umową dublińską (ratyfikowana przez wszystkich członków UE, zobowiązuje do rozpatrzenia wniosku azylowego w pierwszym unijnym kraju, w którego znalazł się uchodźca) powinna pozostać nad Wisłą. Jednak 80 proc. docierających do nas uchodźców nie zamierza tu zostać. Prosto z położonego przy granicy z Białorusią Terespola ruszają w stronę Niemiec. I jeśli w ciągu sześciu miesięcy od rozpoczęcia procedury azylowej nie zostaną odesłani do Polski, mogą tam złożyć nowy wniosek.

Czeczeni – uchodźcy drugiej kategorii

– Czeczeni, którzy przyjechali do nas przez Polskę, będą tam zawracani – zapowiadał w „Die Welt” Ole Schröder z MSW.
W 2016 r. Niemcy skierowali do Polski 5 tys. 386 próśb o odebranie cudzoziemców. Dla porównania w całym 2015 roku było ich 3 tys. 751.
– Najwięcej wniosków dotyczy obywateli Rosji narodowości czeczeńskiej – mówi Jakub Dudziak, rzecznik Urzędu ds. Cudzoziemców.
W ramach umowy dublińskiej z Niemiec do Polski zawrócono już w tym roku 599 osób.
– To konsekwencje dużego napływu uciekinierów m.in. z Syrii. Czeczeni są teraz traktowani jak uchodźcy drugiej kategorii – uważa Elisabeth Helm.
Po zeszłorocznym kryzysie migracyjnym Komisja Europejska opracowuje nowe prawo azylowe. Chodzi m.in. o ograniczenie możliwości przejazdu uchodźców pomiędzy krajami UE. Nowe przepisy mogą zatrzymać w Polsce wiele osób.
– A większość Czeczenów dociera do Unii przez Terespol – zauważa Katarzyna Przybysławska, prawniczka Centrum Pomocy Prawnej im. Haliny Nieć.

Tadżycy uciekają przed represjami

– Spalono nam mieszkanie – mówi 34-letni Aktam z Tadżykistanu. Sprawcom wystarczyło, że sympatyzował z opozycyjną Islamską Partią Tadżykistanu. – W Duszanbe prowadziłem sklep, więc nie przyjechałem do Europy z powodów ekonomicznych – podkreśla Aktam.
Od ponad 20 lat Tadżykistanem rządzi prezydent Emomali Rahmon. W ubiegłym roku nasilił represje wobec opozycji.
listopadzie 2015 r. Aktam wraz z żoną Siną i trójką malutkich dzieci dotarli do Brześcia, tuż przy białorusko-polskiej granicy.
– Przez osiem dni próbowaliśmy złożyć wniosek o azyl w Polsce – opowiada Aktam. – Straż Graniczna odsyłała nas, mówiąc, że nie mamy wizy.
Całe dnie spędzali na przejściu granicznym. Padało, było zimno, dzieci zachorowały, miały wysoką gorączkę. Zrozpaczeni rodzice powiedzieli polskim strażnikom, że jeśli nie przekroczą granicy, ich dzieci umrą.
– W końcu pozwolili nam złożyć wniosek – opowiada Sina.
Ich rodzina trafiła do Ośrodka dla Cudzoziemców w Białej Podlaskiej. Aktam od lat cierpi na przewlekłe stany zapalne nerek, nastąpił nawrót choroby. Gdy zwrócił się do lekarza, ten zignorował jego problem: – Powiedział, że wszystko jest dobrze, i dał mi tylko paracetamol.
Tadżycka rodzina spędziła w Polsce trzy miesiące. – Początkowo chcieliśmy zostać – mówi Aktam.
Sina akurat podaje nam herbatę. Kiedy wyjaśniam, że jestem z Polski, zaczynają jej drżeć ręce.
– Przepraszam, wiem, że są wśród was dobrzy ludzie, tylko my mieliśmy pecha trafić na tych złych – tłumaczy zakłopotana. – Aktam czuł się coraz gorzej, więc wyruszyliśmy do Niemiec.
Na stacji kolejowej zatrzymał ich patrol policji.
– Zabrali nas na komisariat, a tam zaczęło się piekło – mówi łamiącym się głosem. Policjanci, sami mężczyźni, chcieli przeprowadzić kontrolę osobistą. Aktam się rozebrał, ale gdy zażądano tego od Siny, stanął w jej obronie. Rzucili go na ziemię...
Rodzina spędziła na komisariacie dobę. Gdy ich wypuszczono, wsiedli w pierwszy pociąg do Niemiec. Tam trafili do centrum recepcyjnego w Eisenhüttenstadt. Lekarz od razu skierował Aktama na badania, spędził w szpitalu miesiąc.
Na razie cała rodzina zostaje w Cottbus. – Władze wstrzymały deportację ze względu na zły stan zdrowia Aktama – wyjaśnia Elisabeth Helm.

Azyl w kościele

– Nie wolno mi wychodzić na zewnątrz, ale w ogrodzie chyba mnie nie aresztują – mówi na powitanie Czeczenka Malika. Wraz z trójką dzieci znalazła azyl w kościele ewangelickim w miasteczku Drebkau, na przedmieściach Cottbus. Grozi im deportacja do Polski.
– Na teren kościoła policja nie ma prawa wchodzić – wyjaśnia Katharina Gerhardt ze wspólnoty ewangelickiej w Drebkau.
Malika uciekła do Niemiec z obawy przed utratą dzieci. Jej mąż walczył w drugiej wojnie czeczeńskiej. Gdy wierne Rosji władze ogłosiły amnestię, Nurdi wrócił do domu. Jednak reżim prezydenta Ramzana Kadyrowa o nim nie zapomniał.
– Ciągle wzywali go na milicję – opowiada Malika. – W końcu dostał wyrok: pięć lat więzienia.
Po odsiadce Nurdi zaczął nadużywać alkoholu i narkotyków. Awantury i bicie były na porządku dziennym.
– Jeśli chciałabym się rozwieść, sąd przyznałby mu dzieci – wyjaśnia Malika.
– Pastor chciał pomóc uchodźcom chrześcijanom, ale takich akurat nie było – opowiada Elisabeth Helm. Ostatecznie kościół zgodził się wspierać Czeczenów.
– Mimo bariery językowej od początku przypadłyśmy sobie z Maliką do gustu – podkreśla Katharina Gerhardt.
Niebawem minie pół roku od momentu wszczęcia procedury dublińskiej w sprawie Maliki i jej dzieci. Azyl w kościele może ich uchronić przed deportacją w ostatnich tygodniach.
Malika jeszcze nie mówi po niemiecku. – Dzieci próbują mnie uczyć, ale idzie to opornie – przyznaje.
Procedura dublińska oznacza bezczynne oczekiwanie na decyzję. Dorośli uchodźcy nie mają prawa do pracy i nie uczy się ich języka. – Władze nie chcą, by się integrowali – uważa Elisabeth Helm
Inaczej jest z dziećmi, te od samego początku trafiają do szkół. 13-letni Edil i 11-letnia Liza już mówią po niemiecku; czasem muszą sprawdzać się w roli tłumaczy. – Gdy zawodzą gesty, prosimy ich o pomoc – wyjaśnia Katharina Gerhardt.
Malika przyznaje, że do wyjazdu do Niemiec skłoniły ich warunki socjalne: – W Polsce uchodźcy są stłoczeni w ośrodkach, a tu można dostać mieszkanie socjalne, kurs języka i szkołę. Jeśli uda nam się zostać, dzieci będą miały szansę na lepszą przyszłość.

Polska nas nie chce

– W Niemczech nas nie rozumieją, a z tobą mogę bez tłumacza – żartuje Ramzan, potężnie zbudowany 40-letni Czeczen, z którym rozmawiam po rosyjsku. Wśród górali z północnego Kaukazu sympatia do Polski jest powszechna. – Mamy podobną historię, a Niemcy nawet nie wiedzą, co Rosjanie zrobili w Czeczenii – argumentuje Ramzan.
Walczył w czeczeńskim ruchu oporu, w oddziale słynnego komendanta Chamzata Giełajewa. Do Niemiec przyjechał dziewięć lat temu; ma legalny pobyt, pracuje z uchodźcami jako tłumacz. W Polsce nie został z obawy o bezpieczeństwo.
– W Ośrodku w Białej Podlaskiej dostałem telefon z pogróżkami; już wiedziałem, że mnie namierzyli – opowiada.
W Czeczenii nie ma wojny” – te słowa szefa MSWiA Mariusza Błaszczaka Czeczeni przyjęli z goryczą. – To tak, jakby ktoś powiedział, że w Polsce w 1943 r. nie było wojny – mówi Ramzan. – W Groznym na pokaz odbudowano kilka ulic, ale jeśli myślisz inaczej niż władza, możesz po prostu zniknąć
Oficjalnie działania zbrojne zakończyły się w 2009 r. Zgodnie z prawem międzynarodowym nie powinno to mieć znaczenia przy ocenie wniosków składanych przez Czeczenów.
– Status uchodźcy nadaje się osobie, która w obawie przed prześladowaniem z powodu rasy, religii, narodowości, przekonań lub przynależności do określonej grupy społecznej nie może korzystać z ochrony własnego kraju – przypomina Jakub Dudziak, rzecznik prasowy Urzędu ds. Cudzoziemców.

Tam i z powrotem

Z Cottbus do przejścia granicznego Forst - Zasieki jedzie się 40 minut. Oprócz Kedy i jej dzieci do Polski wracają jeszcze dwie inne rodziny, w sumie pięcioro dorosłych i dziesięcioro dzieci.
Na przejściu granicznym urzędnicy Ausländeramtu, czyli biura imigracyjnego, w asyście policji przekazują uchodźców stronie polskiej. Straż Graniczna „odbiera” ich od poniedziałku do czwartku między godz. 9 a 14. Stąd muszą dotrzeć do ośrodka w Dębaku pod Warszawą. Wielu już po kilku dniach jest z powrotem za Odrą.
– Boją się, że po pobycie w Niemczech zostaną uznani za migrantów ekonomicznych – wyjaśnia Elisabeth Helm.
Urząd ds. Cudzoziemców przekonuje, że nie ma to znaczenia: – Każdy wniosek jest rozpatrywany indywidualnie – zapewnia Jakub Dudziak.
W praktyce pobyt w Niemczech może pośrednio wpłynąć na decyzję o przyznaniu ochrony. – Czasem jest on brany pod uwagę w ocenie wiarygodności wnioskujących osób – przyznaje Katarzyna Przybysławska.